Abrau Durso- czyli skąd pochodzi sowiecki szampan

Zapewne zanudziliśmy Cię opisami drużyn piłkarskich, historii futbolu i niemieckich lig. Dlatego od dziś pojawi się tu kilka opowieści z życia. Jako że mamy piątek dziś proponujemy tekst o trunkach wyskokowych a tak właściwie o jednym trunku.

Żona była ostatnio w sklepie w poszukiwaniu szampana. Gdy piszę szampana mam na myśli szampana a nie wino musujące. Albo jednak wino musujące ale z wyższej półki. Sprzedawczyni w sklepie zmierzyła ją wzrokiem, oceniła grubość portfela i orzekła głosem specjalisty Abrau-Durso. Bogu ducha winna małżonka z początku poczuła się lekko obrażona. Dopiero po tym jak sprzedawczyni kilka razy powtórzyła zwrot Abrau-Durso pojęła że chodzi o nazwę trunku. A raczej regionu.

 

Butelka Abrau Durso

Butelka Abrau Durso

Abrau Durso to miejscowość na Północnym Kaukazie, położona blisko miasta Noworosyjsk. Małe miasteczko liczące obecnie około 3000 osób jest stolicą sowieckiego szampana. Założone około 1872 roku stało się słynne z powodu win musujących, piękne jeziora oraz niecodziennych krajobrazów. Tak właściwie mówimy tu o dwóch miejscowościach. Abrau, gdzie jest wspaniała winnica i czyste jezioro oraz Durso, położone nad Morzem Czarnym. Prawdziwy kurort z kamienistymi plażami, czystym morzem oraz górskie zbocza, które tworzą idealne warunki dla  uprawy winorośli.

Etykietka Abrau Durso z lat 1950-1960

Etykietka Abrau Durso z lat 1950-1960

Tworzy się tu wina musujące w oparciu o klasyczną technologię. Jeśli miałeś kiedyś okazję spotkać się z Советское Шампанское (nie, nie z Sowieckoje Igristoje, ani Carskoje Igristoje ani inne Igristoje) to możesz być pewny, że smakuje ono wyśmienicie. Było ono znane na cały Związek Radziecki i pół świata. Za założyciela fabryki szampana uznaje się księcia Golicyna, który stał się gospodarzem Abrau Durso w 1892 roku.

Etykieta Abrau Durso z początku wieku

Etykieta Abrau Durso z początku wieku

Obecnie można zwiedzać zakład i dowiedzieć się o niektórych tylko tajnikach produkcji tego wina musującego. Posiada on trzy sale: Golicyńską, Carską oraz Francuską, gdzie można wziąć udział w degustacji 6 rodzajów kaukaskiego szampana.

Podczas wycieczki po stronie firmy, uznałem że kiedyś musimy się tam wybrać. Oprócz centrum turystyki winnej, hotelu i restauracji znajduje się tu winne SPA, gdzie można zażywać kąpieli w szampanie oraz winach. Na stronie znajduje się bardzo ciekawy film o historii Abrau Durso, jego produkcji i opowieści związane z trunkiem. Oprócz tego możemy zobaczyć galerię zdjęć, etykietek, logo: a więc jak zmieniała się grafika szampana. Do tego biblioteka, gdzie znajdują się fragmenty książek, w których pisarze napominają o tym konkretnym szampanie, lub gdzie jest on bohaterem sytuacji.

Na koniec film o historii szampana w języku angielskim: http://www.youtube.com/watch?v=yGD0_xbwwco

Strona główna http://abraudurso.ru/#

PS. Spróbowaliśmy i jesteśmy pod naprawdę dobrym wrażeniem tego trunku. Tak półsłodkie jak i półwytrawne ma intensywny smak, zdecydowaną ilość bąbelków i pozostawia przyjemne uczucie po konsumpcji. Możemy polecić Abrau Durso na świętowanie ważnych wydarzeń, jako prezent lub po prostu jako idealnego towarzysza zabaw.

Pruskie tradycje: ser tylżycki i Obwód Kaliningradzki

Robiąc zakupy w sklepie pewnie nie raz kupiłaś już ser tylżycki. Wyraźny smak, specyficzne dziury. A czy wiesz, że receptura sera tylżyckiego pochodzi z Prus Wschodnich. Dokładnie z Tylży – czyli dzisiejszego Sowiecka. To kolejny powód by zainteresować się tym małym miastem leżącym nad Niemnem.

W połowie XIX wieku Król Prus Fryderyk Wilhelm I wydał odpowiedni dokument zapraszający osadników z innych niemieckich ziem, do osiedlania się na terenach Prus Wschodnich. Okolice dzisiejszego Polesska, Sowiecka czy Krasnoznamieńska były zamieszkane głównie przez litewskie chłopstwo a teren był porośnięty lasem. Koloniści zaczęli zjeżdżać z Austrii, poszczególnych landów niemieckich, Czech oraz Szwajcarii. Jedna z rodzin miała na nazwisko Westphal i pochodziła ze sławnej doliny Emmental, która była kolebką sławnego sera emmentalera.

Po przybyciu do Tylży, rozpoczęli produkcję sera. Planowali, według swojej wiedzy i tradycji wyprodukować emmentaler. Tu należy wspomnieć o miejscowych warunkach, działaniu innych szczepów bakterii oraz dużej wilgotności. Ser tylżycki powstał z połączenia dwóch typów serów: szwajcarskiego i holenderskiego. To połączenie daje ser o wyrazistym zapachu oraz lekko ostrawym smaku. Do tego dziury w serze tylżyckim są nieregularne o wielkości kaszy gryczanej.

Ser tylżycki stał się popularny nie tylko w Prusach Wschodnich ale także w Szwajcarii, gdzie została przywieziona receptura jego przygotowania. Stało się tak dzięki Otto Wartmannowi i Hansowi Wegmullerowi, którzy w 1890 roku odwiedzili Tylżę by pozyskać recepturę. Wtedy właśnie ser tylżycki był produkowany w trzech wersjach: wersji łagodnej z mleka pasteryzowanego, w wersji ostrej o dosyć mocnym i wyraźnym smaku, gdzie używało się mleka niepasteryzowanego oraz tak zwanej Rahm-Tilsiter dla smakoszy produkowanej z mleka pasteryzowanego z dodatkiem śmietany

W Tylży powstały zakłady produkcyjne wytwarzające ser tylżycki. Co ciekawe pasował on idealnie do kuchni pruskiej i od razu zyskał sławę w Królewcu. Idealnie komponował się z ciemnymi chlebami oraz ciężkimi słodowymi piwami oraz porterami. Oprócz tego jadano go z ziemniakami, dodawano do sosów i gulaszy. W 1945 roku Tylża znalazła się na linii frontu i podczas ofensywy około 70% budynków w mieście zostało zniszczonych. Budynki fabryki ocalały a w mieście, które od 1946 roku nazywa się Sowieck rozpoczęto produkcję sera sowieckiego. Niestety jego jakość oraz smak w znacznym stopniu odbiegają od smaku sera z Tylży.

Ser tylżycki idealnie nadaje się do sałatek, zapiekanek, tostów. Można go łączyć z owocami, marynowanymi rybami. Zawiera 40% tłuszczu co sprawia, że idealnie się topi, jest więc idealny w wszelkiego typu sosach czy gulaszach. Podobno jest on na tyle zdrowy, że jego spożycie wspomaga profilaktykę antynowotworową i przeciwmiażdżycową.

Jak zawsze jest to jedna z rzeczy utracona przez region. Ser tylżycki jest zaliczany do kulturalnego dziedzictwa Szwajcarii, mało kto w Kaliningradzie wie natomiast, że nazwa sera tylżyckiego pochodzi z miasteczka na granicy Obwodu Kaliningradzkiego i Litwy.

Teraz już wiesz, że biorąc do ręki w sklepie ser tylżycki możesz bez obaw pomyśleć o Prusach Wschodnich oraz historii pięknego miasta Tylży. Smacznego!

O serze tylżyckim pisali dokładnie:

http://pruskihoryzont.blogspot.ru/2012/04/pruska-kuchnia-ser-tyzycki.html

http://www.forummleczarskie.pl/RAPORTY/156/ser-tylzycki/

http://pl.wikipedia.org/wiki/Ser_tyl%C5%BCycki

Faworki w Kaliningradzie

Wczoraj mieliśmy nasz mały tłusty czwartek. W ramach współpracy ze szkołą językową Ekspert braliśmy udział w spotkaniu, podczas którego robiliśmy faworki oraz częstowaliśmy uczestników pączkami. Rano przygotowaliśmy ciasto na faworki, według przepisu Mamy. Ciasto jest bardzo wymagające i trzeba w nie walić wałkiem lub tłuczkiem przez 30 minut. Tak też i zrobiliśmy, ale miska w której było ciasto nie wytrzymała i teraz musimy sprawić sobie nową. Gotowe ciasto powędrowało do lodówki, a my zaczęliśmy się ogarniać. Gdy już byliśmy gotowi, zabraliśmy wszystko z lodówki i ruszyliśmy na miejsce spotkania. Po drodze zahaczyliśmy o cukiernię Panda, skąd zabraliśmy zamówione wcześniej 28 pączków: z marmoladą i z czekoladą. Wtedy przypomniałem sobie o pączkach na Chmielnej w Warszawie z marmoladą różaną albo ajerkoniakiem… Jest kilka takich miejsc w Polsce gdzie możecie dostać naprawdę dobre pączki. W międzyczasie okazało się, że Panda jest prowadzona przez Polaka i pracują tam polscy cukiernicy więc mieliśmy pewność że pączki będą pierwszej klasy.

Cukiernia Panda

Cukiernia Panda

Po dotarciu na miejsce wyłożyliśmy pączki na tace, ciasto na faworki na stół i powoli zaczęliśmy przygotowywać się do spotkania. Mieliśmy przygotowane teledyski z polską muzyką oraz filmik o robieniu faworków. Na spotkaniu w Reporterze pojawiło się około 30 osób zainteresowanych polską kuchnią. Wydarzenie prowadziły po polsku – lektorki języka polskiego ze szkoły Ekspert.

Gotowi do wałkowania

Gotowi do wałkowania

Na początek porozmawialiśmy trochę o tłustym czwartku, następnie pokazaliśmy filmik jak zrobić faworki, a potem wzięliśmy się do dzieła. Ciasto trzeba było mocno rozwałkować, by było jak najcieńsze. Niestety zaznacza się światowy trend i młode dziewczyny, które były większością na spotkaniu, po raz pierwszy miały styczność z przyborami kuchennymi, więc starsze panie zaczęły żartować że tylko panowie będą gotować w przyszłości.

Robienie faworków

Robienie faworków

Po rozwałkowaniu ciasta trzeba było pokroić je w cieniutkie paski i zawinąć. Z tym akurat nikt nie miał problemu. Następnie już w kuchni Reportera, na rozgrzany olej lądowało ciasto stające się po chwili faworkami. By dopełnić całości trzeba było posypać je cukrem pudrem waniliowym.

Pączki z cukierni Panda

Pączki z cukierni Panda

Gdy już wszyscy spróbowali faworków rozpoczął się pokaz filmu Rewers. Niestety nie dla wszystkich ten film był zrozumiały (ech, ta dzisiejsza młodzież!). Ale większość chwaliła sobie pomysł i realizację spotkania. Mamy nadzieję, że osoby które były na ekspertowym „tłustym czwartku” w niedzielę, opowiedzą swoim znajomym o tym spotkaniu i gdy będziemy przygotowywać n.p. pierogi ruskie i oglądać kolejne filmy, również się przyłączą.

Maslennica – restauracje w Kaliningradzie

Dziś chcemy opisać jak restauracje w Kaliningradzie przygotowały się na Maslennice. Tak właściwie już od niedzieli w każdej knajpie, kafejce oraz szanującej się restauracji można było zobaczyć informację o nowym menu z blinami. Są miejsca gdzie podaje się standardowe bliny z różnymi dodatkami które nie są drogie ale nie mają też super smaku. A są miejsca gdzie zdecydowano się na pełen profesjonalizm. W nowo-otwartym lokalu (o nim też postaramy się napisać) Tirol z kuchnią niemiecką i bawarską pojawiła się propozycja blinów z czerwonym kawiorem i szklaneczką zmrożonej wódki, oprócz tego danie zwane w Rosji śledziem pod szubą a więc sałatka gdzie warstwami mamy buraczki, ziemniaki, cebulę i zamiast śledzia właśnie grubego blina. Oprócz tego bliny na słodko z konfiturą malinową lub porzeczkową albo z dżemem lub miodem.

Swoje specjalne menu przygotowała też kaliningradzka restauracja Chmiel, od 24 lutego do 2 marca możemy się cieszyć specjalnym menu z blinami a 2 marca w niedzielę odbędzie się pożegnanie Maslennicy.

Restauracja Chmiel możemy za to zjeść doskonałe bliny z czerwonym kawiorem lub z mięsem łososia. Tu również znajdziemy bliny na słodko z miodem lub śmietaną polane dżemem, konfiturą lub likierem. Oprócz tego niestandardowa propozycja a więc bliny z ciasta czekoladowego z twarogiem w środku.

Mistrzowstwem jest natomiast coś innego. Bin podawany jak gruzińskie chinkali, gdzie w środku mamy delikatną wędzoną jeleninę oraz sos pieczarkowy.

Oprócz tego możesz w Chmielu spróbować Oładów: placków z mąki gryczanej smażonych na głębokim oleju i podawanych ze śmietaną. Podobno smakują znakomicie. A na podsumowanie Mrowisko: bardzo kruche ciasto usypane w kształcie górki, w środku krem kajmakowy z mleka skondensowanego z dodatkiem śmietanki, wszystko to polane syropem klonowym, wyłożone konfiturą figową i obłożone kawałkami daktyli. Z pewnością nie jest to oryginalny przepis na Maslennicę ale możesz być pewien, że w wielu domach przygotowywało się ciasto a’la mrowisko na sobotę i niedzielę przed końcem Maslennicy.

Inne restauracje w Kaliningradzie zaproponują nam ten sam zestaw blinów z słodkim lub słonym nadzieniem, dlatego nie ma sensu rozpisywać się specjalnie o ich kuchni. Restauracja Chmiel wygrywa tu po tym względem dlatego, że ich dania są typowo rosyjskie, wykorzystują dużo lokalnych składników a smak jest naprawdę wyśmienity. Na zachętę polecam zdjęcie blinów z kawiorem

Być może w przyszłym roku warto przyjechać do Kaliningradu poza sezonem, by chociaż spróbować prawdziwych blinów przygotowywanych na Maslennicę i sprawdzić jak restauracje w Kaliningradzie przygotowały się na przyjęcie swoich gości.

Dzień Długiej Kiełbasy w Kaliningradzie – wraca tradycja pruskiego święta

W zeszłym roku, podczas naszej pierwszej zimy w Kaliningradzie, na początku lutego obchodzono barwnie święto, które było dla nas bardzo ciekawe. Udało mi się opisać je w notce dla agencji informacyjnej. Święto to wróciło do Kaliningradu po wielu latach zapomnienia. Kilka razy próbowano je odtworzyć ale udało się dopiero w zeszłym roku. W tym roku  będzie świętowane przez mieszkańców miasta z jeszcze większą siłą.

Chcę Ci opowiedzieć o święcie, które jest tradycyjnym świętem królewieckim, mianowicie o Dniu Długiej Kiełbasy. Obchody Dnia Długiej Kiełbasy w Kaliningradzie 8 lutego 2014 roku były zorganizowane przez Muzeum Oceanu Światowego. Kiełbasa w tym roku nie pobiła rekordu długości. Co nie zmienia fakty, że była przepyszna i pełna dobrych gatunków mięsa. Obchody święta Dnia Długiej Kiełbasy odbyły się przy bramie Fridrichsburskiej, gdzie prezentowano wytwory kiełbasiane lokalnych producentów, którzy oprócz wyrobów znanych mieszkańcom Obwodu Kaliningradzkiego starali się również uzyskać wyroby według starych receptur z Prus Wschodnich. Największa kiełbasa przygotowana na obchody była pętem o długości 3 metrów, średnicy 13 centymetrów i wadze ponad 100 kilogramów. Dla porównania w zeszłym roku pęta kiełbasy miały długość około 200 metrów, leczy były cieniutkie, ich średnica wynosiła tylko 5 centymetrów.

Historia święta Dnia Długiej Kiełbasy (Lange Wurst) sięga 1520 roku, kiedy to królewieccy masarze przygotowali i w specjalnym marszu przenieśli przez miasto pęta kiełbasy mierzące blisko dwadzieścia metrów. W następnych stuleciach marsz przechodził pod siedzibę Księcia a następnie Króla Pruskiego. W 1601 roku długość pęta kiełbasy przygotowanej na marsz wynosiła ponad 400 metrów.

Informację o święcie Długiej Kiełbasy znajdziecie tu:

http://world-ocean.ru/anonsy-glavnykh-sobytij/436-prazdnik-dlinnoj-kolbasy-na-fridrikhsburgskikh-vorotakh

http://lenta.ru/news/2013/02/09/wurst/

http://www.ost-preussen.babyhost.ru/p17.htm

Artykuł jaki napisałem o Dniu Długiej Kiełbasy w Kaliningradzie w zeszłym roku:

„9 lutego na ulicach Kaliningradu królowała kiełbasa

Mieszkańcy Kaliningradu odnowili tradycję starego królewieckiego święta

9 lutego w Kaliningradzie miały miejsce obchody święta Długiej Kiełbasy, na które przygotowano 200 metrów(170 kg) specjałów mięsnych przygotowanych według starych receptur. Święto to obchodzono w Królewcu już 400 lat temu.

Na jarmark obok centrum kulturalno – historycznego Królewskie Wrota, przyszło wielu mieszkańców miasta, którzy mieli możliwość spróbowania wyrobów miejscowych masarzy. Jak podał serwis newkaliningrad.ru organizatorzy święta, pracownicy Muzeum Światowego Oceanu liczą, że uda im się odnowić tradycję starego święta którego początki sięgają szesnastego wieku.

Choć tradycyjnie powinien odbyć się marsz z pętami kiełbasy, organizatorzy uznali, że może on spowodować zakłócenia w ruchu drogowym i zdecydowali się na świętowanie na jarmarku.”

 

Zamiast Okonia Bałtyckiego – Kawior Astrachański

Nowy rok to też nowe książki. A jeśli nowe książki to także te, które opisują Rosję. Myślisz, że znów będę pisał o Kaliningradzie? Nie, tym razem zajmiemy się innym miastem, leżącym na południu Rosji. Książka nosi tytuł Kawior Astrachański i została napisana przez Michała Kruszona. Być może znasz go z doskonałej książki dotyczącej Rumunii: Rumunia – podróże w poszukiwaniu diabła. Dlatego, tym bardziej mnie zainteresowała.

Michał Kruszona - Kawior Astrachański

Michał Kruszona – Kawior Astrachański

Akcja książki zaczyna się od pobudki Okonia, głównego bohatera, wystraszonego i zlanego potem. Budzi się on w pokoju hotelowym w mieście Astrachań. Znalazł się tu po długiej ucieczce z Polski. Wybrał Astrachań z powodu jego prowincjonalności oraz możliwości ukrycia się wśród innych grup narodowościowych żyjących w tym mieście. By jeszcze bardziej ukryć swą tożsamość podaje się on za Estończyka. Ale Rosjanie i tak słyszą jego Polski akcent. Nasz bohater zaprzyjaźnia się z miejscowym sprzedawcą warzyw – Azerem, a także powoli wchodzi w półświatek przestępczy Astrachania. Podczas życia w Astrachaniu Okoń poznaje jego historię, najważniejsze postacie związane z tym miastem, ale też Wołgę – rzekę, która ma ogromny wpływ na życie całego regionu i Astrachania. Powolna z początku opowieść rozkręca się aż do momentu gdy sami nie wiemy jaki będzie jej koniec.

Niestety nie mogę opisać Ci wątku bardziej szczegółowo, gdyż mógłbym zdradzić za dużo. Ale mogę opowiedzieć o wątku, który pojawia się na stronach książki jak ryby pod taflą wody. To właśnie ryby, a właściwie opowieść o nich. Opowieść o znaczeniu ryb w kulturze rosyjskiej, w kulturze Astrachania. Autor koncentruje się w końcu na jednej z nich. To jesiotr, a jeśli piszemy o jesiotrze to nie można zapomnieć o kawiorze – który najlepszy jest właśnie z tej ryby. Autor umieszcza kawior w swojej opowieści i daje mu bardzo ważną rolę. To nie tylko tło spotkań, zakąska, którą Okoń i nowo poznani Rosjanie spożywają podczas spotkań. To przecież czarne złoto, za które jedni potrafią złamać nos, inni grozić bronią, a inni po prostu zabić. Nikt nie odwołał przecież lat 90 w Rosji.  Ale kawior to nie tylko bohater – to również powód by opowiedzieć o historii Rosji oraz zastanowić się dlaczego nie był on popularny np. w Polsce.

W książce pojawia się także polski motyw. Główny bohater trafia do domu, w którym zamieszkiwał Ignacy Doyko. Ostatni właściciel umiera przed poznaniem Okonia. Podczas pobytu w tym domu znajduje on dokumenty oraz zapiski związane z przeszłością domu oraz rodziny. Okazuje się że dom był kiedyś własnością rodziny Bronisława Grąbczewskiego. Jest to syn powstańca styczniowego, żyjący w Rosji w latach 1903-1907, gubernator guberni Astrachańskiej, topograf, etnograf, podróżnik, odkrywca zapomniany w Polsce, który był członkiem Rosyjskiego Towarzystwa Geograficznego, odznaczony wielką ilością nagród za jego wyprawy geograficzne do Pamiru, Hindukuszu, na Ałtaj. Pochowany na Powązkach jest postacią ogromnie ciekawą i wartą przypomnienia.

Dzięki autorowi książki mamy też okazję poznać kilka przepisów kuchni rosyjskiej/astrachańskiej – dominują tu głównie ryby, kawior, możemy tu także wyczuć wyraźne wpływy kuchni południowej – azerskiej i kaukaskiej.

Dla osób zainteresowanych Rosją, lubiących kryminały i nie chcących czytać o Putinie, polityce czy komunistach – książka ta będzie idealnym wyborem. Czyta się ja bardzo dobrze, a co więcej po lekturze naprawdę ma się ochotę na kawior albo danie z ryby. Polecam!

Dla zainteresowanych Bronisławem Grąbczewskim:

http://pl.wikipedia.org/wiki/Bronis%C5%82aw_Gr%C4%85bczewski

Rosgarten – smak Królewca w Kaliningradzie

Wróciliśmy do naszego dobrego zwyczaju odwiedzin w restauracjach. Tym razem udało nam się trafić w samo sedno. Ogród różany – bo tak nazywa się restauracja Rosgarten po polsku zaskoczyła nas swoim smakiem.  Mogę Ci się przyznać, że już kiedyś w niej jadałem. Przychodziliśmy tu na posiłki w trakcie jeden z konferencji organizowanej na miejscowym Uniwersytecie. Ale wtedy było to inne jedzenie, piwa było mniej i człowiek nie docenił tego smaku. Tym razem było inaczej. Po pierwsze dlatego, że trafiliśmy tam w dobrym towarzystwie. Po drugie dlatego, że nasze towarzystwo wiedziało co zamówić. Okazuje się, że Rosgarten słynie z dwóch rzeczy. Czerwonego piwa oraz kiełbasy. Czerwone piwo jest generalnie specjalnością kaliningradzkich pubów. U nas nie tak popularne, natomiast tam znajdziesz je praktycznie wszędzie. Od razu zamówiliśmy po litrowym kuflu.

Czerwone piwo Koenigbrau

Czerwone piwo Koenigbrau

Co do kiełbasy. Rosgarten proponuje swoim klientom specjalną robioną na miejscu kiełbasę długości 1,5 metra. Właśnie tak – na stół wjeżdża wtedy deska z półmetrową kiełbasą. Do tego 4 dodatki: utarty chrzan- nie jakaś tam pasta ale prawdziwy chrzan, keczup, prawdziwa rosyjska musztarda oraz adżyka – ostry sos paprykowy. My zdecydowaliśmy się na dwie takie deski. 3 metry przepysznej kiełbasy.

Nasz wieczorny stół

Nasz wieczorny stół

Kiełbasa z Rosgarten

Kiełbasa z Rosgarten

Sama restauracja Rosgarten znajduje się w podziemiach Kaliningradu. To bunkier zbudowany podczas drugiej wojny światowej. Biesiadnicy podczas naszego spotkania wspominali, że kiedyś wyglądał on zupełnie inaczej. Ściany były pokryte gołym betonem, widać było kable elektryczne ciągnące się po ścianach. Obecnie całość jest pokryta cegłami oraz kamieniami dlatego mamy wrażenie, że zeszliśmy do podziemi rycerskiego zamku lub średniowiecznej karczmy w kamienicy. Rosgarten to trzy długie pomieszczenia zastawione stołami. Oprócz tego bardzo porządna toaleta i szatnia, gdzie kulturalnie zostawia się swoją odzież.

Pomieszczenia Rosgarten

Pomieszczenia Rosgarten

 

Pomieszczenia Rosgarten 2

Pomieszczenia Rosgarten 2

Przy wejściu zaskoczy nas jeszcze jedna rzecz. Prawdziwy, dosyć dobrze wypchany…Wilk. Gdy my tam byliśmy stała tam jeszcze choinka więc wtedy wyglądało to jakby wilk pilnował prezentów. Generalnie obrazek ciekawy.

Wilk z Rosgarten

Wilk z Rosgarten

Rosgarten jest dla nas bardzo dużą i pozytywną niespodzianką. Dobre piwo, wspaniała pyszna kiełbasa. Ach zapomniałem napisać o tym, że znajdujemy się w zbrojonym bunkrze. Dzięki temu nie ma tu zasięgu żadna sieć telefonii komórkowej. A to daje wolność i swobodę od wszelkich problemów związanych z pracą, rodziną, niechcianymi znajomymi. To samo tyczy się oczekujących dziewczyn, chłopaków, narzeczonych czy żon a także mężów. Dlatego są ludzie, którzy specjalnie wybierają to miejsce by móc spokojnie porozmawiać, pobawić się i nie martwić o godzinę powrotu do domu. Zapraszamy do Rosgarten.

 

 

Kafe Luiza czyli smak Prus Wschodnich.

Już jakiś czas temu udało mi się spełnić jedne z moich kulinarnych celów Kaliningradu. W ramach poszukiwania ciekawych smaków udaliśmy się do Kafe Luiza, reklamującej się prawdziwą pruską kuchnią oraz ciekawym wystrojem. Jesienno-zimowy wieczór zapowiadał się bardzo dobrze a samo wejście i neon zachęca do zajrzenia do środka.

Niestety trafiliśmy akurat na mały jubileusz, urodziny Pani około 40-45 lat. Dlatego nie do końca mogliśmy rozkoszować się atmosferą. Miła Pani, obsługująca nas, podała nam kartę po czym zniknęła na trochę. Niestety karta, choć krótka i konkretna (Magda Gessler powiedziała by tak 🙂 ) nie zawierała nic specjalnego co moglibyśmy nazwać kuchnią pruską. Kotlet schabowy, barszcz czerwony, zupa rybna, ryba z frytkami. Piwa standardowe, bez żadnego szaleństwa. Niestety siedząc tam byłem lekko zawiedziony a moje nadzieje, że wreszcie zjemy w miejscu wykorzystującym lokalne pomysły prysły. No ale nic, zabawa w drugiej sali była naprawdę szampańska. Po skończonym posiłku i poszukiwaniu kelnerki panie dojrzały mnie i chciały koniecznie zaprosić do wspólnych tańców.

Dużym plusem Kafe Luiza jest jej wystrój, możecie go ujrzeć na tej stronie: http://www.newkaliningrad.ru/afisha/restaurants/publications/1456593-istoriya-v-menyu-fotoreportazh-s-prezentatsii-kafe-luiza.html#pic615683

Mapy Prus Wschodnich, obrazy związane z przeszłością miasta, podobizny Królowej Luizy, słynnej w całych Prusach Wschodnich w XIX i na początku XX wieku. Sama restauracja znajduje się na ulicy Komsomolskiej, która przed wojną nazywała się Luizensstrase a wiec ulicą Luizy. Myślę, że trzeba będzie wrócić do tego miejsca i dać mu jeszcze jedną szansę. A w najbliższym czasie postaram się napisać Ci o daniach kuchni pruskiej oraz jakie smakołyki można zjeść w ramach kuchni regionalnej.

Powroty z urlopów i ostatnich zakupów w Polsce.

W Kaliningradzie zakończyły się właśnie dni wolne, które trwały od 31 grudnia do 8 stycznia. Duża część mieszkańców Obwodu przedłużyła sobie urlop o dwa dni uzyskując dzięki temu 12 dni wolnego. Wiedząc o tym postanowiliśmy wracać do Kaliningradu 11 stycznia po południu, a wiec w sobotę. Jako że mieliśmy wizy ważne od 12 stycznia musieliśmy tak zaplanować przyjazd na granicę by wjechać na nią w odpowiednim czasie. Tu pierwsza sztuczka. Jako że między Obwodem Kaliningradzkim a Polską jest obecnie dwie godziny różnicy stwierdziliśmy, że granicę Polską przekroczymy o 22. To północ po stronie rosyjskiej więc przekraczając granicę przeniesiemy się w czasie o dwie godziny i spokojnie będziemy mogli ruszyć do Kaliningradu. W trakcie podróży z Elbląga do przejścia Grzechotki – Mamonowo zastanawialiśmy się dlaczego tak mało samochodów z polskimi numerami jechało w stronę granicy. Wszystko wyjaśniło się na miejscu. Zmiana polskiej Straży Granicznej pracująca na przejściu odstraszała swoim nastawieniem. Mój mały błąd polegał na tym, że przejechałem białą linię oraz znak kontroli celnej. Celniczka, która mnie powitała, rozpoczęła „ochrzanianie” tak głośne, że słyszało ją całe przejście. Dostałem 30 sekund na tłumaczenie się. Człowiek o 22 po 6 godzinach jazdy samochodem raczej nie ma ochoty wchodzić w dyskusję więc pozostawiłem ją samą z tym problemem. Na moje szczęście dostałem tylko upomnienie zamiast 200 zł mandatu. Po dojechaniu na przejście rosyjskie zapytałem tylko czy u nich już 12 stycznia. Straznik Graniczny trochę zadziwiony odpowiedział, że tak. Dopiero jak zaczął oglądać nasze wizy zrozumiał moje pytanie.  Celnik natomiast był lekko zadziwiony naszym bagażnikiem. Jako jedyny polski samochód mieliśmy bagażnik wypełniony po brzegi. Aż zachciało mu się sprawdzać co mamy w torbach i kartonach. Tak wypełnione bagażniki można było natomiast zobaczyć u rosyjskich podróżnych. Torby pełne zakupów, kartony jedzenia, butelki wina, szampana i piwa. Sensację wywołał jeden z podróżnych, który przyjechał na przejście graniczne nie deklarując niczego specjalnego. Dopiero po dokładniejszej kontroli okazało się, że w samochodzie znajdowało się ponad 124 kilogramy produktów. 89 opakowań parówek, 23 pęta kiełbasy, ponad 20 opakowań pasztetów. Oprócz tego 48 puszek piwa, 24 butelki szampana oraz 4 butelki wina. Niestety pechowy kierowca będzie musiał zapłacić karę za próbę przewozu niezgłoszonego towaru. Dlaczego pechowy: ponieważ jak stwierdziło większość komentatorów pod artykułem, wybrał złą zmianę. Od zmiany na przejściu granicznym zależy naprawdę dużo. Człowiek może bez problemu przejechać przez granicę lub utknąć na kilka godzin na szczegółowym przeglądzie. Może spędzić w kolejce 5 godzin albo 15 minut. Jeśli przejrzeć fora użytkowników pochodzących z Braniewa, Bartoszyc itp można natknąć się na całe wątki dotyczące, którą zmianę wybierać, kiedy jechać, kto pracuje na jakiej zmianie. Są i ciekawe strony robienia zakupów na zapas na następne 3 miesiące życia w Kaliningradzie. Okazało się, że np. ser kanapkowy Almette ma 11 smaków, które są podzielone kolorami. Dopiero po pełnym rozpakowaniu się, doszliśmy do wniosku, że 3/4 naszego bagażu to różnego rodzaju produkty spożywcze, które kupiliśmy na zapas. Aczkolwiek przesadziliśmy z herbatą. W tym momencie mamy jej tyle, że moglibyśmy pić codziennie jedną do końca roku. W około 15 smakach. Od następnego razu zaczynamy próbować herbaty, które można kupić w Rosji. Szczególnie, że takie marki jak Greenfield czy Tess maja naprawdę dobry smak.

 

 

Mors najlepszy do picia

Ten smak udało nam się odkryć już dawno temu. Teraz wróciliśmy do niego dlatego że nie ma nic lepszego niż dobry Mors na jesienną smutę. Ok ale co to jest Mors zapytasz? To napój z soku owocowego z dodatkiem wody i miodu lub cukru. Generalnie w rosyjskim internecie znajdziemy tysiące przepisów jak zrobić Mors, z czym można go połączyć, jakie istnieją wariacie na temat Morsu. Przepis, który można nazwać kanonicznym zawiera żurawinę, jagody czarną i czerwoną, poziomki i jeżyny oraz czeremchę. Wszystkie owoce należy umyć, pozbyć się pestek, rozgnieść/zmielić w blenderze, zalać wrzącą i gotować kilka minut na małym gazie tak by całość nie zagotowała się. Nasz wywar należy następnie przelać do osobnego naczynia przez sitko lub gazę. Powstały trunek można jeszcze dosłodzić miodem lub cukrem aczkolwiek nie jest to obowiązkowe. Sok wyciśnięty z pozostałości wywaru również można dodać do naczynia z odlanym morsem. W zależności od pory roku podajemy Mors od razu przygotowaniu lub też po ostudzeniu. Niektóre przepisy sugerują dodanie do Morsu cytryny, pomarańczy albo limonki.

A teraz trochę historii: receptura Morsu znana była już w starożytnej Rusi. W jednej z najważniejszych ksiąg rosyjskiej kultury „Domostroju” został wymieniony jako jeden z najlepszych sposobów na ochłodzenie latem i ogrzanie zimą. Samo słowo Mors ma podobno rodowód bizantyjski i pochodzi od słowa „mursa” – woda z miodem.

Dziś pijemy Mors żurawinowo-poziomkowy

Dziś pijemy Mors żurawinowo-poziomkowy

Ciekawostką jest tekst znaleziony na polskiej Wikipedii z którego dziwią się wszyscy Rosjanie:

„Mors – sok surowy z owoców lub rozcieńczony sok z owoców uprzednio zagęszczony i utrwalony alkoholem etylowym rolniczym, o zawartości alkoholu nie mniejszej niż 16% obj. i nie większej niż 20% obj., stanowiący półprodukt do wyrobu napojów spirytusowych”.

Być może w dużej Rosji jest inaczej, w Kaliningradzie nikt nie pije Morsu z alkoholem.  Jeśli interesują Cię przepisy związane z morsem zapraszam na: http://www.gotovim.ru/recepts/drink/morsy/