Domowik w mitologii słowiańskiej.

W ramach naszych tekstów przedstawiliśmy już jedną z postaci słowiańskiej mitologii – Wija. A dziś chcę zapoznać Cię z chyba najważniejszą postacią rosyjskiej mitologii – Domowojem nazywanym też po polsku Domowikiem lub Ubożem.

Domowoj – duch domu, gospodarz obejścia i opiekun, który dba o zapewnienie spokojnego życia, zdrowia dla rodzinny, ich była oraz wszystkich płodów ziemi jakie przyniosą do domu. Domowoj to najczęściej nieżyjący już członek rodziny, przodek rodziny, który się nią opiekuje. W mitologii rosyjskiej jest to zmarły członek rodziny, który za swoje grzechy musi odpokutować opieką nad swoją rodziną a w mitologii ukraińskiej uznawało się że domowego stworzył Bóg, który każdy dom obdarował swoim gospodarzem.

Ruski Domowik w łapciach, długą brodą oraz ludową łyżeczką

Ruski Domowik w łapciach, długą brodą oraz ludową łyżeczką

Domownk ma wiele różnych imion – domowoj, domowojko, domowy dziad, damawik, domowik. Jego imię może pochodzić od miejsca, gdzie mieszka – golbesznik, zapiecznik, (miejsca za piecem), podpiecznik. Jego imię może określać także status i stosunki z członkami rodziny – gospodarz, chozjajn, hospodar, djadenka, bratok, djed.

Domowik jeśli polubił ludzi mieszkających w domu nie psoci ani nie przeszkadza w życiu. Co więcej okazuje pomoc i sprawia, że dom staje się czystszy, jaśniejszy i spokojniejszy. Jeśli między członkami rodziny są dobre stosunki to jest to dla domownika znak, że wszystko w domu dzieje się dobrze i on tylko to wspomaga. Ale jeśli domownicy zaczną się kłócić, bić siebie i dzieci, Domowik bardzo się denerwuje. Wtedy rzeczy mogą zacząć spadać z półek, chleb i inne potrawy mogą nie wychodzić lub wręcz się przypalać. Nasze przetwory lub konfitury pleśnieć lub kwaśnieć. Dlatego też trzeba podtrzymywać dobry kontakt z Domowikiem: zostawiać mu w odpowiednim miejscu cukierek i mleko. Mogą to być też ciasteczka, chleb, albo kawałek mięsa. Ważne jest by pamiętać o Domowiku i gdy jedzenie zniknie donieść coś innego. Ważne jest również gdzie żyje Domowik. Może to być tylna część pieca, może to być miejsce pod progiem. Niektóre Domowiki mieszkają również na strychu.

Domowik, jeśli mamy z nim dobre stosunki będzie pomagał nam w codziennym życiu. Nie będziemy mieli problemu ze znalezieniem różnych rzeczy, ubrania będą zawsze czyste i złożone. Co najważniejsze skarpetki też zawsze będą w parach. A jeśli nie? Znasz pewnie uczucie, gdy położyłeś coś na stole a to nagle zniknęło? Albo wiesz, że jakąś rzecz odkładałaś dokładnie w to miejsce ale jej tam nie ma. Po dwóch godzinach szukania okazuje się, że leżała schowana pod książkę lub była czymś przykryta. Albo gdy pierzesz rzeczy i wszystkie skarpetki są w parach. A po praniu okazuje się, że jednak nie wszystkie. To znak, że Domowik domaga się zainteresowania i uwagi.

Pamiętajmy o tym, że Domowik ma kontakty z innym światem. Jeśli ktoś ma umrzeć w domu, usłyszymy wycie Domowika. Drzwi mogą trzaskać albo coś może stukać w ściany. Domowik daje też znać o nadejściu dziecka oraz może ostrzegać o złych wydarzeniach jakie będą mieć miejsce. Jeśli okna nam się otworzyły, znaczy to że może być wichura i lepiej się do niej przygotować.

Domowik ma jeszcze jedną sztuczkę. Może napadać na domowników podczas snu. Jeśli nasz Domowik jest z nami w złych stosunkach, może w nocy rzucać się na nas i próbować dusić. Może to też być znak, że coś wydarzy się w naszym życiu a Domowik chce nam szybko o tym dać znać. Jeśli leżymy na placach i czujemy, że coś nasz przyciska należy zapytać: na dobre? lub  na złe? a Domowik odpowie swoim starym ciężkim głosem tak albo nie.

Domowik podobno bardzo nie lubi luster oraz gdy ktoś zajmuje jego miejsce. Jeśli zapraszamy gości albo robimy imprezę i ułożymy naszego gościa blisko progu lub na strychu możemy być pewni, że noc dla niego będzie nie przespana. Jeśli w naszym domu panuje spokój, Domowik zajmuje miejsce gospodarza i zajmuje się gospodarskimi sprawami. Przebiera sól albo ziarnka pieprzu, dba o domowe rośliny, poprawia obrazki. Dla wielu ludzi jest on ważną domową postacią dlatego nie wymawia się jego imienia a mówi się dziadek, gospodarz, nieduży albo maleńki.

Jeśli przenosimy się z domu do domu możemy zabrać naszego Domowika ze sobą. Do tego należy przed wyjściem z domu poprosić go by razem z rodziną przeniósł się do nowego domu. Oprócz tego trzeba zrobić zakwas i wymieszać go z mąką. Domowik w formie z wyrośniętym ciastem zabierze się do nowego domu, gdzie wypiekamy nowy chleb i częstujemy nim Domowika. Nie rozwiązany jest dla mnie problem, co jeśli sprowadzamy się z naszym Domowikiem do domu, gdzie już jest Domowik. Czy przychodzący wygania starego, czy żyją razem w harmonii? A może jest tak, jak wierzą Ukraińcy i każdy Domowik zostaje w swoim domu a my musimy nawiązać kontakty z nowym?

Domowik spożywający posiłek od gospodarzy

Domowik spożywający posiłek od gospodarzy

Domowik to najczęściej mały staruszek z dużą brodą, zawsze ubrany elegancko ale gotowy wziąć się do każdej pracy. Może też pojawiać się pod postacią kota, myszy czy też szczura. Domowik może też mieć postać bardziej dziką i straszną. Długa broda, przepaska na biodrach, nieobecny wzrok to również obraz spotykany w słowiańskiej kulturze.

Domowik może mieć też swoją towarzyszkę – Domowichę nazywaną także Kikimorą.

W staropolskich wierzeniach Domowika nazywa się Ubożem albo Ubożę – uznawany jest on za ducha zmarłych przodków, który opiekuje się domem. Jego postać pojawiła się w literaturze w XV i XVI wieku. Jeśli w kulturze ruskiej, Domowika powinniśmy karmić w każdy dzień, to Ubożę powinno dostać swój posiłek na pewno w czwartek.

Tyle jeśli chodzi o teorię. W praktyce o postaci Domowoja pamięta się nawet w Kaliningradzie. Nie raz będąc na uniwersytecie widziałem talerzyki z cukierkiem stojące na szafie. Niektórzy ludzie naprawdę pamiętają  tym by co jakiś czas nakarmić swojego Domowoja i oczywiście też nie wspominają o nim wprost a mówią dziadek, staruszek.

Dla zainteresowanych, więcej wiadomości można znaleźć w książce Jeleny Lewkiewskiej W Krainie Domowych i Leszych Personaży Russkich Mifow a jeśli ktoś chcę uzupełnić podstawową wiedzę możecie przeczytać:

http://pl.wikipedia.org/wiki/Ubo%C5%BCe

http://pl.wikipedia.org/wiki/Domowik

http://ru.wikipedia.org/wiki/%D0%94%D0%BE%D0%BC%D0%BE%D0%B2%D0%BE%D0%B9

Ach. Na koniec wisienka na torcie. Na rosyjskich stronach internetowych możecie znaleźć także testy by sprawdzić czy w Waszym domu mieszka Domowik. My wiemy już jak to określić bez takich testów, a Wy jeśli jesteście zainteresowani możecie zrobić sobie test i dowiedzieć się, czy zaginione skarpetki to wina bałagarniarstwa czy może jednak Domowika.

http://test.passion.ru/raznoe/test-zhivet-li-u-vas-domovoi.htm

 

 

 

 

 

 

Dzień Kolportera Książek. Wędrówki z Prus na Litwę.

Wczoraj na Litwie obchodzony był Dzień Kolporterów Książek. Dlaczego chcę opisać to wydarzenie i jak związane jest z Kaliningradem? Już wyjaśniam. Kolporterzy książek (po litewsku dosłownie nosiciele książek knygnešys, knygnešiaibyli ludźmi, którzy przemycali na tereny obecnej Litwy książki drukowane po litewsku w alfabecie łacińskim. W tamtym czasie od 1866 do 1904 roku w terenie Guberni Kowieńskiej i Wileńskiej obowiązywał zakaz używania litewskiego oraz zakaz drukowania książek w alfabecie łacińskim. Dopuszczona była tylko cyrylica. Dlatego litewska inteligencja podejmuje decyzję o inwestycji w drukarnie w Królestwie Pruskim, w Tylży i w Królewcu, drukowaniu książek łaciną a następnie przemycanie ich przez granicę i kolportaż po wsiach i miasteczkach.

Pomnik Kolportera Książek

Pomnik Kolportera Książek

Po powstaniu styczniowym w 1863 roku władze Imperium Rosyjskiego wzmocniły swoje działania na rzecz rusyfikacji ludności litewskiej. Od 1863 roku edukacja była możliwa tylko w języku rosyjskim. W 1864 roku Generał-gubernator Guberni Wileńskiej Michaił Murawiow wprowadził zakaz druku litewskich tekstów po łacinie. W 1865 roku litewski został zakazany na terenie Imperium Rosyjskiego. W 1866 roku wychodzi oficjalny ukaz carski o zakazie używania litewskiego w piśmie o mowie. Zakaz ten funkcjonował do 1904 roku. W tym czasie ukazało się około 55 druków po litewsku w cyrylicy.

Najważniejsze ośrodki kolportażu prasy znajdowały się w Sudorgu (Sudargas), w Poniewieżu, w seminarium w Sejnach i Kownie oraz w klasztorze w Kretyndze. W Wilnie powstała wtedy organizacja Dwunastu Apostołów Wileńskich, której celem było uzyskanie dostępu do jednego kościoła by móc prowadzić obrządek w języku litewskim. Na Litwie powstają też podziemne szkółki litewskie.

W 1867 roku Motiejus Valančius albo Maciej Wołonczewski biskup żmudzki podjął decyzję by zainwestować w drukarnie na terenie Prus. W 1870 roku organizacja, którą prowadził została odkryta a pięciu księży i dwóch kolporterów zostało zesłanych na Syberię oraz do guberni Smoleńskiej. Od 1867 roku kolporterzy książek przemycają od 30 do 40 tysięcy książek rocznie. Około jedna trzecia zostaje przechwycona przez władze. Kolporterzy złapani przy przemycaniu byli rozstrzeliwani na miejscu lub zabierani na tortury a następnie wysyłani w najdalsze zakątki Imperium Rosyjskiego. W trakcie panowania zakazu wiele oficjalnych instytucji funkcjonowało jako sieć kolportacji oraz przekazywania książek na terytorium Litwy. Brak działania zakazu oraz rozluźnienie systemu po wojnie z Japonią w 1904 roku umożliwiły decyzję o zniesieniu zakazu.  Już w 1905 roku jeden z kolporterów Juozas Masiulis otworzył sklep z książkami w Poniewieżu (Panevėžys). Sklep ten działa do tej pory.

Ruch kolporterów książek miał ogromny wpływ na kształtowanie się świadomości narodowej Litwinów. Po odzyskaniu niepodległości przez Litwę 16 lutego 1918 roku kolporterzy stali się jednym z filarów nowego państwa, jak również postaciami, które uchroniły pamięć historyczną Litwinów. I wczorajszy dzień, 16 marca, urodziny Jurgisa Bielinisa, który był założycielem nielegalnej sieci dystrybucji literatury litewskiej stał się Dniem Kolportera Książek. W Kownie odkryto pomnik nieznanego kolportera książek. W Polsce znajdziemy również mały element tego ruchu. We wsi Krejwiany koło Puńska znajdziemy tablicę pamiątkową ku czi kolportera Pawła Matulewicza (Povilasa Matulevičiusa)

Pomnik Kolportera Książek w Kownie

Pomnik Kolportera Książek w Kownie

 

 

 

E.A.T Hoffman w Królewcu. Życiorys pisarza

Podczas naszym podróży dowiadujemy się kolejnych ciekawych rzeczy o regionie, o którym być może nie masz pojęcia. Po pobycie w Swietlogorsku postanowiliśmy sprawdzić dokładnie kim był E.A.T. Hoffman i dlaczego jest tak popularny w niektórych miejscach w Obwodzie Kaliningradzkim. Okazuje się, że my Polacy moglibyśmy również zabiegać o tego pisarza i kompozytora.

Ernst Teodor Amadeusz Hoffman urodził się 24 stycznia 1776 roku w Królewcu. Polscy przodkowie autora pochodzili z rodziny Bagieńskich, inni z węgierskich rodów szlacheckich. Ernst Hoffman uczył się w gimnazjum i na uniwersytecie Albertina w Królewcu by następnie udać się na praktyką sądową w Głogowie gdzie w wolnym czasie miał przyozdobić freskami jedną z kaplic kościoła pojezuickiego. Od 1800 roku pracował jako asesor rządowy w Poznaniu i tu również poznał swoją żonę Marię Teklę Rohrer-Trzcińską. Według historyków Hoffman dobrze znał polski, miał liczne kontakty z Polakami a także miał bardzo dobry stosunek do polskiej kultury i historii. Co więcej w swoich pracach umieszczał bohatera, sentymentalnego kochanka, który opisywany był jako der elde Pole – szlachetny Polak. Jego dalsza kariera wiodła przez Płock a następnie Warszawę. Jak głosi legenda to on dostał za zadanie nadania niemiecko-brzmiących nazwisk dla Żydów mieszkających w Warszawie. Dzięki temu mamy teraz Wildsteinów, Rosenbaumów, Goldbergów itp.  Mieszkając w Warszawie był głośnym orędownikiem oraz inicjatorem założenia Resursy muzycznej a więc stowarzyszenia, którego celem była organizacja koncertów muzyki symfonicznej. Podczas jego pobytu Resursa działała w Pałacu Ogińskich a następnie w Pałacu Mniszchów. Ernst Hoffman w 1808 roku opuścił Warszawę po wkroczeniu do niej wojsk Napoleońskich.

Od 1815 roku Hoffman mieszka w Berlinie gdzie pracuje na służbie państwowej. 18 stycznia 1822 w wieku 46 lat pisarz ciężko zachorował. Paraliż zaczął przechodzić na kolejne kończyny jego ciała by ostatecznie 24 stycznia dotrzć do szyi. 25 stycznia Ernst Teodor Amadeusz Hoffman umiera w swoim domu w Berlinie. Został pochowany na cmentarzu jerozoilimskim.

Autor takich dzieł jak Dziadek do Orzechów, Opowieści Nocne, Diable Eliksiry, Kota Mruszysława poglądy na życie.

Był ogromnym wielbicielem kotów, co również zobaczyć można w jego książkach. W trakcie pisania towarzyszył mu kot Murr, który w trakcie życia w Berlinie siadał zawsze obok i obserwował proces pisania. Podobno, po jego śmierci przyjaciele i znajomi Hoffmana otrzymali nekrolog, gdzie z ubolewaniem stwierdzało się śmierć, tej ważnej postaci.

Mroczny i mgielny Królewiec miał mieć duży wpływ na styl pisania Hoffmana. Jego opowieści fantastyki grozy swoje źródło miały czerpać właśnie z dzieciństwa oraz młodości spędzonych w Królewcu, Ruszkowicach czy Krancu. Tematem jego opowiadań były też legendy wiązane z Mierzeją Kurońską i litewską mitologią.

Na stronie http://wolnelektury.pl/katalog/autor/e-t-a-hoffmann/ można znaleźć kilka tytułów autora, które możemy nie tylko przeczytać ale i posłuchać. Myślę że warto zapoznać się z jego twórczością. Być może dla opowiadania o tożsamości Kaliningradu będzie to jedna z ciekawszych lektur.

 

Kaliningradzki patriotyzm

Ten tekst pojawił się na jednym z portali Kaliningradu już jakiś czas temu. Mieszkańcy Kaliningradu mają typowy zwyczaj narzekać na swoje miasto i mówić, że nie ma tu nic ciekawego. Co więcej wszyscy chcą wyjechać. Albo do Moskwy i Petersburga albo do Europy. Dlatego rosyjski aktor Andriej Kowaljow wracając do Rosji kontynentalnej, jadąc taksówką na lotnisko, wymyślił taki krótki tekst mający dać nową energię lokalnemu patriotyzmowi.

„Taxi, dla kogo taxi? Na lotnisko? Leci Pan do innego miasta? A po co? Kaliningrad się nie spodobał? Ach Ty bydle… Nam zazdroszczą mieszkańcy innych miast. Ani w jednym hotelu, w żadnym mieście nie słyszałem żeby mówili „byli tu kaliningradczycy, wyprawiali cuda”. Zawsze szacunek i dobra opinia. U nas jakość, dobroć i otwartość. Ale jeśli trzeba, każdy kaliningradczyk może uderzyć tak, że gwiazdy zobaczysz.

W jakimi innym mieście zobaczysz tyle zieleni, tyle parków i jezior w centrum miasta. Wymień choć jedno miasto. Nie słyszę! Byłem w ZOO w Moskwie. Wiesz jakie było moje wrażenie. Że zwierzęta za chwilę zdechną. A w naszym ZOO, nawet nie trzeba ich karmić. Powiem więcej, w naszym ZOO u ludzi i zwierząt można poczuć zawiść. Albo zazdrość za warunki życia. W jakim innym mieście ty przejeżdżając 200 metrów możesz się znaleźć w innej epoce. I odróżniać będzie się wszystko, architektura, atmosfera. Stare niemieckie domu, kocie łby, szklane wieżowce, te bloki z lat 70 i 80 i oczywiście wille, gdzie na ogrodzie biegają owczarki.

W jakim innym mieście jest tyle muzeów. Co Ty tam gadasz o Rzymie i Petersburgu? W naszym mieście pierwsze  miejsce po liczbie butików na osobę. Mamy tyle kafejek i restauracji że starczy dla każdego. Pełno centrów handlowych, wszystkie z parkingami, toaletami i oczywiście kina. Zatrzymaj i spytaj się tu młodego chłopaka, on wymieni Ci tu wszystkie światowe marki odzieży i butów. Powie też o wszystkich premierach w kinach, poradzi czego teraz się słucha. A spytaj się o to na ulicach Saratowa? Na 100% dostaniesz w mordę albo coś gorszego. 

A w jakim innym mieście Rosji takie drogi dobrej jakości? Nie, to że nam się nie podobają to zupełnie coś innego. Powiedz mi, jakie drugie miasto ma drogi gdzie możesz jechać 120 km na godzinę przez całe miasto. Narzekanie i brak satysfakcji to miejscowa specyfika. Nam zawsze się coś nie podoba, a gdy jedziemy do innego miasta zastanawiamy się jak coś podobnego w ogóle stoi. Byłem w elitarnym kompleksie domów w Jarosławiu. Wiesz co to jest elitarny kompleks tam? Dom, na około pole, jakieś rury, na parkingu Łady, Niwy i „luksusowe” ople. Bez porównania z naszymi domami.

A widziałeś nasze dziewczyny? Żyjemy tu jak w oranżerii. U nas Da Vinci zwariowałby chcąc wybrać swoją muzę.

Możesz zrobić eksperyment: zadzwoń domofonem i poproś kogoś o szklankę wody. W innych miastach wyślą Cię gdzie pieprz rośnie. A w Kaliningradzie masz dużą szansę że Ci pomogą. Powiedz mi, gdzie jeszcze znajdziesz tyle zrozumienia u ludzi. U nas, gdy stoisz pod sklepem, pieniędzy brakuje a pić się chce, możesz zebrać tyle pieniędzy, że jeszcze znajomych zaprosisz. Nazwij mi miasto gdzie samochody będą Cię przepuszczać przy wjeżdżaniu na główną drogę? A nie zapominajmy też o pasach. Tutaj przepuszczą pieszych bez żadnego wymuszania.

Jest jeszcze drugie miasto gdzie dzieci nie chcą się uczyć języka na Maltach czy Cyprach tylko mówią: wyślijcie mnie do Polski albo Niemiec. Nasze dzieci uczą się dobrze, chcą studiować w Europie.

I jeszcze u nas jedna ważna rzecz: nie oszukujemy turystów, ich nam jest tak żal, że dopiero pierwszy raz przyjechali zobaczyć takie piękno, przyrodę i plaże, że nie będziemy im psuć urlopu. Jaka Bułgaria, jaki Egipt. Młodzież co tydzień jedzie do Jantarnego, Swietlogorska albo Zelonogradska. Ty tylko dzieciom nie mów, że mieszkałeś w Kaliningradzie. Potem będą tylko mówić „tato, a mogliśmy tam przecież…”

No, jesteśmy na lotnisku, no i co przemyślałeś? No nie denerwuj mnie już. Jak wrócisz dostaniesz zniżkę.”

Andriej Kowaljow, aktor dramaturg

http://www.newkaliningrad.ru/special/pen/publications/1754551-a_eto_nam_vsem_dlya_patriotizma.html

 

Mały ruch graniczny między Polską a Obwodem Kaliningradzkim – opowieść badacza

Czasem w trakcie poszukiwania materiałów do kolejnych tekstów trafiam na cudowne wręcz teksty o podróżach  do Kaliningradu. Tym razem chciałbym Ci przedstawić, krótki pamiętnik cywilizatora, który przyjeżdża do Kaliningradu badać dzikich… Może trochę przesadzam, ale gdy przeczytasz ten tekst może zrozumiesz o co mi chodzi.

Jako, że autor zabronił cytowania swojej twórczości bez jego zgody postaram się w opisowy sposób przytoczyć wybrane fragmenty tekstu. Nasz autor już po wejściu do autobusu czuję różnice – Matka Rosja czai się między siedzeniami. W autobusie panuje nawet rosyjski czas. Po przyjeździe na granicę widać zmianę jaka dokonuje się na kilkunastu metrach ziemi. Ludzie stają się surowi i mało kulturalni. Co więcej autor musi wypełniać kartę migracyjną chociaż już od jakiegoś roku nikt na granicy tego nie robi. Ach ten stres i wspomnienia podróży na Ukrainę. Nasz autor po długiej i wyczerpującej podróży (wiem coś o tym, sam już nie raz ją odbyłem) trafia do niemiecko-brzmiącego hotelu Staryj Kenigsberg. Rosyjscy zwolennicy zmiany nazwy miasta z Kaliningrad na Kenigsberg musieli się teraz obruszyć. Kenigsberg brzmi rosyjsko i bardzo poprawnie. Jak każdy polski cywilizator, podróżujący na mityczny „Wschód” nasz autor wędrując do centrum widzi pomnik Matki-Rosji. To taka cecha wspólna cywilizatorów, ich percepcja wykorzystuje pewne klisze, które łatwo opisują rzeczywistość. To oczywiście szczegół, że pomnik nazywa się Matka-Ojczyzna. Matuszka Rasija zawsze musi pojawić się w opowiadaniach o Wschodzie.

Nasz autor wybrał się na Rynek Centralny, główny ale nie jak opisuje on największy rynek miejski, oczywiście można znaleźć tam polskie produkty, ale tak naprawdę są one w mniejszości. Centralny Rynek jest miejsce gdzie sprzedaje się owoce i warzywa, ryby i mięso, sery, jajka a większość z tych produktów jest pochodzenia miejscowego. Oczywiście są też produkty z innych regionów Rosji, ale trudno mówić tu o Azji: astrachańskie arbuzy, granaty z nad Rostowa nad Donem, hurma (nazywana w Polsce Kaki co powoduje dziki śmiech każdego Rosjanina) z Hiszpanii. Polskie towary to głównie nabiał, lecz jego cena jest dosyć wysoka. Nasz autor udał się również do sklepu Uniwermag: to taka konserwacja Związku Radzieckiego w pigułce. Prospekt Moskiewski, ściana bloków nazywanych litewskimi (budowanych przez Litwinów, ich specyfiką są ogromne pokoje, często przechodnie oraz kuchnia mikroskopijna i często ciemna). Niestety nie jest to najlepsze miejsce na prowadzenie badań. Można powiedzieć niereprezentacyjne. Autor zauważa też, że nasze, polskie produkty mają angielskojęzyczne opakowania. Tu dosyć ciekawa rzecz. Autor tego nie porusza ale według rosyjskich przepisów, każdy produkt z kraju nie wchodzącego w Unię Celną powinien zawierać naklejkę w języku rosyjskim z podstawowym opisem. W niektórych sklepach spotyka się produkty bez tych naklejek, najczęściej niemieckie.

Pojawia się też motyw podróży autobusem miejskim, dla niewprawnego oka autobusy kaliningradzkie mogą być czymś dziwnym. Ale jeśli przypatrzymy się dokładnie, dokładnie te same autobusy zobaczymy w Olsztynie, Grudziądzu, Kielcach oraz Wejherowie. Ale cywilizatorzy widzą najczęściej centrum Warszawy i nowe autobusy solarisa i to z nimi porównują każde miasto na Wschodzie, które odwiedzają. Nie będę się oczywiście rozwodził nad tym że autor feminizuje Iwana Czerniachowskiego pisząc że Rynek Centralny znajduje się na ulicy Czerniachowskiej. Po wojnie dyplomatycznej z Pieniężnem chyba każdy czytelnik tego bloga wie już kim był pan Czerniachowski.

Sobota jest chyba perełką opisu rzeczywistości w wykonaniu naszego cywilizatora. Nie dość, że dzień wcześniej zastanawiał się nad wszędobylską kontrolą w naszej dzikiej Raszce (Rosja czulej) to teraz pojawił się na dniu targowym na bazarze. Generalnie na rynku centralnym, codziennie jest dzień targowy. Czasem mamy wrażenie, że bardziej bawimy się w fair trade niż wszyscy warszawiacy. Kupujemy u producenta bez żadnych pośredników, produkty wyhodowane naturalnie we własnych ogródkach. Cena też często jest fair trade’owa: na tyle, że trzeba się trochę potargować by zejść do ceny rynkowej. Znajdziemy też passus o dyskryminacji kobiet na rynku Sielma. Dużo można powiedzieć o naszym Kaliningradzie ale to że dyskryminuje się tu kobiety to lekko mówiąc przeinaczenie. A sam opis sytuacji, który będziesz miała okazję przeczytać, wygląda na normalną rozmowę. Tak tak, w rosyjskim nie używa się tak często proszę, dziękuję itp. Ale od razu się tego nie zauważy.

Mamy też wątek polityczny. Zmiany nazw miejsc, parków, ulic czy całego miasta. Nasz cywilizator stwierdza poważnym tonem iż wiele musi zajść zmian a najważniejsza z nich to zmiana nazwy całego miasta. Gdy przyjeżdżałem do tego miasta moja pozycja była podobna. Teraz po pewnym okresie czasu mogę powiedzieć jasno, że ani stara ani nowa nazwa miasta nie oddadzą charakteru tego miejsca. Ale nie będę się kłócił z naszym cywilizatorem, na pewno poradziłby władzom miejskim zmiany nazwy miasta na Królewiec.

I wszystko byłoby śmiesznie i zabawnie gdyby nie fakt, że jest to część badań naukowych, na które ktoś dostał pieniądze, a ktoś inny zatwierdził ten tekst i umieścił go na stronie poważnej jednostki naukowej. A co więcej, ta jednostka naukowa naprawdę chwali się tego typu badaniami. Dziwi mnie, że autor nie udał się do największych marketów, gdzie produkcja z polski stanowi część oferty. I nie są to tylko przysłowiowe kiełbaski i sery ale różnego rodzaju przetwory, mrożonki, słodycze, ciastka, wyroby chemii gospodarczej a nawet alkohole. Rozumiem że obserwacja straganów oraz rozmowy z paniami sprzedawczyniami są poważnym źródłem badań mającym nam pokazać jak polskie towary zalewają rosyjskie sklepy. Tylko, że towary przywiezione z sieci handlowych, które działają w Polsce to nikły procent całego rynku produktów spożywczych.

Dlatego właśnie prowadzimy blog, by podobne kwiatki mogły zobaczyć światło dzienne a my swoją pracą oraz tekstami pokazywali świat „troszkę” inny od opisanego.

Komentarze proszę przesyłać autorowi na adres podany na początku tekstu:

Click to access Dziennik%20z%20bada%C5%84%20terenowych%2C%20wrzesie%C5%84%202012%20rok.pdf

Andrzej Bołotow w Królewcu. Zapiski Rosjanina.

Dzisiejszym tekstem chcę Cię zaprosić na podróż po przeszłości Królewca. W ramach poszukiwania ciekawych źródeł dotyczących tożsamości mieszkańców Kaliningradu znalazłem w antykwariacie książkę Andrieja Timofiejewicza Bołotowa „W Koenigsbergie” będącą dziennikiem pisanym podczas obecności w Królewcu w czasie gdy znajdował się on w rękach władzy Imperium Rosyjskiego od 1758 do 1762 roku. O samej książce jeszcze napiszę. Dziś natomiast chcę zapoznać Cię z jej autorem Andriejem Bołotowem, osobą o arcyciekawej biografii.

Urodził się 18 października 1738 roku w majątku rodzinnym Dworianninowie w guberni Tulskiej. Był jedynym synem Tymoteusza Pietrowicza Bolotowa i Marii Stiepanowny Bakjejewoj. Do 12 roku życia żył razem z ojcem, który służył w pułku archangielgorodzkim. Ojciec uczył go niemieckiego, francuskiego, arytmetyki oraz geografii. Następnie został odprawiony na dalszą edukację w Petersburg. W wieku 14 lat stracił ojca. Wtedy też wrócił on na wieś, gdzie żył do 16 roku życia, wtedy też zmarła mu matka. Będąc już wtedy sierżantem pułku archangielgorodzkiego wrócił do wojska.  W wieku 19 lat został oficerem w stopniu porucznika i kiedy zaczęła się Wojna Siedmioletnia brał udział w bitwie pod Gross-Egersdorfem. W 1957 został wysłany na służbę do Królewca. Dzięki swojej znajomości niemieckiego piastował ważne stanowiska w urzędzie generała-gubernatora Suworowa w Królewcu. Miał on szansę poznać znakomitych profesorów uniwersytetu Albertina w Królewcu, brać udział w dyskusjach oraz czytać książki z słynnej biblioteki Konrada Wallenroda. Po śmierci cesarzowej Elżbiety i dojściu do władzy Piotra III Bołotow opuścił Królewiec i został adiutantem pierwszego gubernatora miasta Korfa, będącemu wtedy generałem-policmajstrem w Petersburgu. Po dojściu do władzy Katarzyny II Bołotow dostał rozkaz udania się na Śląsk, do swojego pułku. Tam też podał się do dymisji i przeszedł do cywila w randze kapitana. Wrócił wtedy do swojej rodzinnej posiadłości.

Był członkiem Wolnego Stowarzyszenia Ekonomicznego, w ramach swojej pracy w Królewcu udało mu się zebrać ogromną bibliotekę poświęconą ekonomii oraz sadownictwu. Wydawał własny magazyn rolniczy „Selskoj żitel”, który pojawił się w 1776 i 1779 roku. Współpracował z „Moskiewskimi wiadomościami” gdzie publikował stronę dotyczącą ekonomii oraz rozwiązań związanych z rolnictwem. W ciągu 10 lat opublikował ponad 4000 artykułów.

Od lat 70 XVIII wieku po 1803 rok Bołotow większość czasu spędził na wsi. Dopiero w 1803 roku pojechał on na 11 miesięcy do Petersburga i brał udział w spotkaniach Wolnego Stowarzyszenia Ekonomicznego. Zmarł w swoim rodzinnym majątku, 3 dni przed 95 urodzinami. Jak na XIX wiek przeżył on naprawdę długi okres życia. Pochowany został na cmentarzu będącym obecnie częścią miejscowości Rusjatyna, w Obwodzie Tulskim. Grób zachował się do czasów obecnych.

Miał ogromny wpływ na rozwój techniki rolniczej w Imperium Rosyjskim, opracowanie płodozmianu, wprowadzanie nowych kultur roślinnych na podstawie warunków klimatycznych oraz glebowych. Oprócz tego badał jak otrzymać krochmal z ziemniaków za pomocą maszyn, stworzył pierwsze zestawienie leczniczych, przemysłowych oraz polnych roślin.  Oprócz tego był od doświadczonym sadownikiem. Opisał on ponad 600 gatunków jabłoni i grusz a także tworzył nowe krzyżówki. Był też pierwszym, który zaproponował hodowlę kartofli nie na klombach ale w ogródkach przydomowych. Stało się to początkiem popularności ziemniaków w Rosji i rozprzestrzenieniu ich jako „drugiego chleba”. Napisał on również pierwsze rosyjskie „przewodnik po roślinach leczniczych” napisany w 1781 roku.

I właśnie zapiski tego naukowca z czasów jego pobytu w Królewcu są obecnie dla historyków jedną z podstaw przy opisywaniu miasta w XVIII wieku. Jego przyjazd do Królewca, opisy miejsc, w których żył a także opis Niemców, których spotyka to wspaniały obraz tamtej epoki. Postaram się napisać o tym kilka słów następnym razem.

Dla zainteresowanych biografią naukowca:

http://www.museum.ru/m604

http://www.russianresources.lt/archive/Bolotov/Bolotov_0.html

http://ru.wikipedia.org/wiki/%D0%91%D0%BE%D0%BB%D0%BE%D1%82%D0%BE%D0%B2,_%D0%90%D0%BD%D0%B4%D1%80%D0%B5%D0%B9_%D0%A2%D0%B8%D0%BC%D0%BE%D1%84%D0%B5%D0%B5%D0%B2%D0%B8%D1%87

Niestety polska wersja jest bardzo marna…

Wij w słowiańskiej mitologii

W ramach rozszerzania horyzontów chciałem ci dziś powiedzieć trochę o słowiańskiej i rosyjskiej mitologii. Wczoraj pisałem o filmie „Wij” na podstawie opowiadania Mikołaja Gogola. Warto więc poświęcić chwilę czasu samej postaci Wija. Po pierwsze musisz sobie wyobrazić jak on wyglądał.

Był to stwór zabijający wzrokiem, którego oczy były przykryte ogromnymi rzęsami oraz powiekami sięgającymi do ziemi. Wij nie mógł ich podnieść bez pomocy. Najczęściej robiły to upiory i demony będące sługami Wija. Człowiek, na którego padł wzrok Wija, nie wytrzymywał tego spojrzenia i umierał. Wij zabierał duszę nieszczęśnika pozostawiając jedynie ciało. W folklorze Słowian wschodnich Wij związany jest z wiarą w „Złe Oko” lub „Trzecie Oko” czyli kontakt z światem pozagrobowym oraz możliwość rzucania uroków na ludzi i zwierzęta. A złe spojrzenie i urok może prowadzić do śmierci i opętania przez upiory.

Jedno z wyobrażeń Wija

Jedno z wyobrażeń Wija

Niektórzy literaturoznawcy uważają, że postać Wija została całkowicie wymyślona przez Gogola lub zaczerpnięta z opowiadań o Kościeju Nieśmiertelnym, postaci z folkloru rosyjskiego. Był on starym, chudym czarownikiem. Mieszkał w górach, w zamku wypełnionym niezliczoną ilością skarbów i magicznych artefaktów. Kościej miał przechowywać swoje serce ukryte poza ciałem, nie można więc go było zabić. Należało odnaleźć jego serce i w ten sposób uzyskać nad nim kontrolę. Kościej miał mieć morderczy wzrok zakryty przez ogromne powieki. Jego słudzy widłami mieli je podnosić a wtedy każdy kto spojrzał w oczy Kościeja – umierał.

Kosciej-Niesmiertelny

Kosciej-Niesmiertelny

Straszny wzrok Wija opisywany jest również w inny sposób. Człowiek, który spojrzy w jego oczy zabijany jest nie przez samego Wija, ale przez strach, niszczący duszę, lub przez demony wyciągające duszę z człowieka. Dlatego Wij traktowany jest również jako postać nadrzędna, wskazująca tylko śmiertelnika, którego dusza ma zostać pochwycona. Przyjście Wija obwieszczane ma być wyciem wilków oraz dudnieniem w trąby. Oprócz tego, w jego obecności pojawia się mgła. Wij traktowany jest też jako władca podziemi, korzeni drzew i krzewów, wszystkiego co się wije i skręca a więc także wszelkiego robactwa. Dlatego wszystkie upiory i demony wypełzają z ziemi by zaatakować ludzi. W opowieści Gogola ważna jest także dziewczyna czekająca na modlitwę w cerkwi. Jako że utonęła, stała się rusałką a więc jednym z upiorów pod władzą Wija. Rusałki mogły być również duchami nieochrzczonych dzieci. Rzucały się one na rybaków lub zagubionych w lesie, czy na bagnach i łaskotały ich na śmierć.

Wij w ludzkiej postaci

Wij w ludzkiej postaci

http://ru.wikipedia.org/wiki/%D0%92%D0%B8%D0%B9

http://pl.wikipedia.org/wiki/Ko%C5%9Bciej_Nie%C5%9Bmiertelny

Wojna wywiadów w Królewcu – prawdziwe historie szpiegowskie

Zdaję sobie sprawę że dużo ostatnio piszemy o książkach, ale wybaczysz chyba – były święta, więc mieliśmy czas zakopać się pod ciepły koc i z gorącą herbatą doprawioną czymś mocniejszym mogliśmy zanurzyć się w lekturze. Dziś prezentuję książkę, która zainteresuje tak samo mężczyzn jak i kobiety. Szpiegowski Koenigsberg (Шпионский Кёнигсберг) jest ciekawym opisem działalności służb specjalnych Republiki Weimarskiej, Polski, Związku Radzieckiego w latach 1924 – 1942. Mężczyźni znajdą tu wątki sensacyjne, szpiegowskie, tajemnice i momenty akcji. Kobiety historie kryminalne, zagadki, romanse mogące wpływać na losy świata oraz kobiety, które pracując dla wywiadu oczarowują swoich wysoko-postawionych partnerów. Książka ta rozpoczyna się od wstępu historycznego, który może znużyć osoby mniej zainteresowane historią. Znajdziemy tu opis powstania oraz rozwoju niemieckich służb specjalnych, Abwehry, Gestapo oraz ich konkretnych odpowiedników działających w Królewcu przed II Wojną Światową. W dalszej części znajdziemy ciekawe opisy akcji, tajnych operacji przeprowadzanych przez wywiad niemiecki. Oprócz tego możemy dowiedzieć się o różnych technikach wywiadowczych, które wywiad niemiecki wykorzystywał w Polsce, ZSRR czy na Litwie. W wielu opisach to właśnie Królewiec staje się miejscem akcji, to z tego miasta rozpoczynają się podróże na zadania to tu wracają niektórzy agenci po zakończonych operacjach. Ciekawym wątkiem wydaje się też rozdział dotyczący walki polskiego i niemieckiego wywiadu w Królewcu oraz w regionie Warmii i Mazur. Wspaniale czyta się opisy o polskich hrabinach uwodzących  najważniejszych polskich polityków, urzędnikach próbujących zbić życiowe majątki na pomocy dla Abwehry czy potrójnych agentach oszukujących Niemców i Litwinów jednocześnie. Ciekawym wątkiem jaki możemy spotkać w książce jest opis kodeksu honorowego oficerów wywiadu. Gdy oficerowie niemieccy po współpracy z polskim oficerem chcą go zaszantażować i tym sposobem zmusić do dalszej współpracy on pozostaje niewzruszony. Na pytanie czy nie boi się o swoją przyszłość i reputację oficer odpowiada: „Nie, jesteście Panowie niemieckimi oficerami, którzy mają swój honor i godność więc nie będziecie nawet próbowali mnie szantażować”. I w tym wypadku oficer ten miał zdecydowaną rację.

Szpiegowski Koenigsberg

Szpiegowski Koenigsberg

 

Dla mojej pracy związanej z Kaliningradem książka ta nie wnosi wiele informacji. Jednakże dla osoby zainteresowanej historią miasta Królewiec, tym co działo się w tym mieście przed 1939 rokiem a także jego kontaktami z ZSRR oraz Polską, książka ta rzuca światło na bardzo wąski ale jakże interesujący temat. Na podstawie historii, które znalazłem w tej książce mogłoby powstać niejedno opowiadanie, film szpiegowski czy sensacyjny mający swoją akcję w przedwojennym Królewcu. Być może tego typu historie warto będzie wykorzystać przy tworzeniu ścieżek tematycznych w Kaliningradzie, organizacji gier miejskich oraz opowiadań. Rosyjskojęzycznych zachęcam do lektury.

Bursztynowa Komnata w Kaliningradzie. Mity i rzeczywistość.

Dziś też o książce. Jako że musiałem skupić się na pisanie pracy naukowej, trzeba było zasiąść do książek. Ale jeśli ktoś chce naprawdę zrozumieć tożsamość mieszkańców Kaliningradu na nic zdadzą się mądre teksty naukowców z Oslo, Brukseli czy Warszawy. Trzeba przeczytać książki, dzięki którym Kaliningradczycy dowiadują się więcej o swoim regionie i mieście. Oprócz tego jest jeszcze warstwa mitów i legend, które krążą w przestrzeni. Jedna z takich legend opowiada o Bursztynowej Komnacie. Wywieziona z Puszkina podczas II wojny światowej, trafić miała do Królewca i tu przeleżeć do końca 1944 roku. Gdy rozpoczęła się ofensywa Armii Czerwonej na terytorium Prus Wschodnich Niemcy mieli ewakuować skrzynie z Bursztynową Komnatą do… I tu powstaje pytanie czy do Gdańska a następnie na pokład statku Wilhelm Gustloff, czy do Pilawy(obecnie Bałtijska) a następnie statkiem do Gdańska, czy została ukryta w Palmnicken (obecnie Jantarnyj) czy może gdzieś na terytorium Królewca. Są i tacy, którzy twierdzą, że skrzynie z Bursztynową Komnatą spłonęły w pożarze Zamku Królewskiego, po angielskim nalocie w końcu 1944 roku.

Bundesarchiv Bild 121-0665, Oslo, "Wilhel...

Bundesarchiv Bild 121-0665, Oslo, „Wilhelm Gustloff” (Photo credit: Wikipedia)

Książka Walerija Birjukowa „Bursztynowa Komnata. Mity i rzeczywistość” opisuje historię Bursztynowej Komnaty od momentu jej stworzenia, przez okres gdy była w rękach rosyjskiej arystokracji a następnie władzy radzieckiej i jak trafiła w ręce Niemców. Następnie autor opisuje ostatnie relacje osób, które mogły widzieć Bursztynową Komnatę. Dalsza część książki jest jeszcze ciekawsza ponieważ rozpoczyna się śledztwo badacza, który próbuje wyjaśnić najbardziej prawdopodobne miejsce położenia skarbu. Rozprawia się on z mitami, jakie powstały wokół poszukiwań. Autor zauważa, że najczęściej powtarzającym się mitem jest ten o ciężarówkach, lub o ciężarówce, która przyjeżdża w nocy do miejscowości, najlepiej pod niemiecki kościół, przy włączonych reflektorach żołnierze lub SS-mani wnoszą skrzynie do podziemi, które następnie zostają zamurowane. Następnie dowódca grupy oraz jego zastępca rozstrzeliwują żołnierzy, podpalają ciężarówkę i rozpływają się w nocy. Walerij Birjukow pisze że podczas swoich badań usłyszał podobną historię w 26 miejscowościach, z dodatkiem różnych wątków pobocznych, innych bohaterów itp.

Pushkin (Russia), Amber room of the Catherine ...

Fragment rekonstrukcji Bursztynowej Komnaty (Photo credit: Wikipedia)

Autor bierze udział w poszukiwaniach Bursztynowej Komnaty podczas ekspedycji zorganizowanej w Kaliningradzie badany jest każdy ślad mogący naprowadzić poszukiwaczy na nowe znaleziska. Najwięcej sił skupiają na terytorium byłego zakładu piwnego Ponarth Königsberg, gdzie skarb miał być ukryty w piwnicy do przechowywania lodu, a tak właściwie pod nią. Poszukiwania zostają rozpoczęte lecz każdy dzień przynosi nowe niespodzianki. Oprócz tego wśród miejscowej ludności legenda o Bursztynowej Komnacie wciąż jest żywa. Nocą, miejsca rozkopane przez ekipę są często przekopywane, zasypywane, kradzione są elementy sprzętu. Dla ekipy z Moskwy jest to prawdziwe wyzwanie. W między czasie do Bałtijska (Pilawy) przyjeżdża ekipa poszukiwaczy z RFN sponsorowana przez gazetę Der Spigiel. Chociaż ogłaszają oni, że tajemnica Bursztynowej Komnaty już niedługo będzie rozwiązana, okazuje się że przekopują oni już dobrze znane miejsce i po kilku dniach wyjeżdżają z Obwodu Kaliningradzkiego z niczym, nie nawiązując nawet kontaktu z ekipą autora. Autor podsumowuje swoją książkę pragnieniem badań archiwów KGB, ponieważ one mogłyby pomóc w rozwiązaniu sekretu Bursztynowej Komnaty. Wielu naukowców podejrzewa, że po wejściu wojsk niemieckich na teren Prus Wschodnich mogła ona zostać wywieziona, tak jak tysiące innych obrazów i skarbów przez przedsiębiorczych dowódców a następnie znaleźć amatora takiego typu sztuki.

Bursztynowa Komnata Mity i Rzeczywistość

Bursztynowa Komnata Mity i Rzeczywistość

Kaliningrad wciąż żyje opowieściami o Bursztynowej Komnacie. Praktycznie każda dorosła osoba może opowiedzieć jakąś historię z nią związaną. Starsi mieszkańcy mają oczywiście swoje podejrzenia, gdzie mogła ona zostać ukryta. Wymieniany jest Bałtijsk, gdzie też miałaby znajdować się podziemna sieć korytarzy, tunele pod Zamkiem Królewskim, zabudowania fabryczne pod Czerniachowskiem czy Mierzeja Wiślana. Dla młodych mieszkańców Kaliningradu temat ten praktycznie nie istnieje i nie jest elementem tworzącym ich tożsamość. Bursztynowa Komnata to jedna z opowieści rodziców czy dziadków, która pojawia się podczas wycieczek czy rodzinnych spotkań ale nie wywołująca u nich jakiegokolwiek zainteresowania.

http://en.wikipedia.org/wiki/Ponarth

Sztormowa pogoda w Kaliningradzie

Kaliningrad żyje w ostatnich dniach orkanem Ksawery, który dotarł do brzegów Obwodu Kaliningradzkiego w piątkowy ranek. To nie tylko informacje w mediach, ilość osób bez prądu czy też wypadki drogowe. Dzięki takiej pogodzie większość uczniów miała odwołane zajęcia w szkołach. My też poczuliśmy to na własnej skórze ponieważ wszyscy młodzi uczniowie powiedzieli że niestety nie pojawią się na zajęciach. Takie telefony dostawaliśmy już w czwartek a niektórzy zapowiedzieli też że nie przyjdą w sobotę i niedzielę. Generalnie sztorm jest najlepszą okazją do nie pojawienia się na lekcjach, zajęciach czy uniwersytecie.

Oprócz tego część mieszkańców dostaje wiadomości na telefon komórkowy związane z zagrożeniem sztormowym. Dlaczego tylko część? Ponieważ tylko jedna z trzech firm telekomunikacyjnych zdecydowała się na wysyłanie darmowych smsów. Dwie inne stwierdziły że nie opłaca im się współpracować z administracją.

Trzecia rzecz to opowieść jaką usłyszałem od jednego z naszych starszych uczniów. W połowie lat 90 w podobnym okresie spędzał on wolną sobotę i niedzielę nad brzegiem morza w pensjonacie obok Pionierskoje. W niedzielę rano obudziły go syreny policyjne oraz partol wojska walący do drzwi. Sprawdzili jego dokumenty, rejestrację, przeszukali pokój a następnie udali się do kolejnych pokoi. Lekko zdziwiony, udał się do jadalni by zjeść spokojnie śniadanie i być może dowiedzieć się czegoś o nieplanowanej kontroli mieszkańców. Tam też spotkał majora straży granicznej, który właśnie rozgrzewał się po przyjściu do pensjonatu. Okazało się że alarm został wszczęty nie z byle powodu. Patrol straży granicznej rutynowo działający wzdłuż plaży właśnie szedł leśną dróżką w stronę plaży gdy nagle zza wydmy zobaczyli wystający maszt. Gdy doszli na szczyt wydmy okazało się że nad samym brzegiem morza stał statek. Nie długo myśląc jeden pobiegł do samochodu by przez radio wezwać posiłki a drugi z przeładowaną bronią obserwował kolosa omywanego przez fale. Oczekując na posiłki żołnierze straży granicznej obserwowali statek. Nie było tam żywego ducha. Na jego burcie widniał tylko biały napis Anna F. Po przybyciu posiłków i wszczęciu alarmu żołnierze weszli na pokład. Okazało się że statek jest kompletnie pusty. Nic nie wskazywało na to by była na nim jakakolwiek załoga, w jego ładowniach również nie było żadnych towarów. Tym bardziej dowódca straży granicznej zarządził poszukiwania ewentualnych pasażerów lub załogi na brzegu i w okolicznych lasach. Statek został obstawiony a straż graniczna razem z marynarką wojenną zaczęło poszukiwać właściciela jednostki. Goście pensjonatu musieli wracać do Kaliningradu objazdem przez Swietlogorsk ponieważ drogi wokół Piornieskoje były zablokokowane.

Dopiero po kilku dniach okazało się, że Anna F. należy do rosyjskiego armatora pływającego pod flagą Liberii. Otworzył on małe biuro w Kaliningradzie i zbierał załogę dla nowego statku nazywającego się właśnie Anna F. Jako że statek znajdował się w stoczni w Petersburgu uznał, że zamiast wydawać pieniądze na załogę, która przetransportuje go do Bałtijska, weźmie pusty statek na hol. Niestety sztormowa pogoda oraz niezbyt dokładne przygotowanie holu sprawiło wszystkim niespodziankę. A załoga uznała, że zgłosi zatonięcie statku jako że zniknął on gdzieś na morzu. Dopiero gdy armator dostał wezwanie od straży granicznej a jego biuro i pracowników powitali uzbrojeni żołnierze cała sprawa wyszła na jaw.